7

 ul. Józefa 42

1/7/2022

Mój osiemnastoletni dziadek chodzący ulicami miasta swojego dzieciństwa z łatwością, jaką ma się tylko, kiedy chodzi się ulicami miasta, w którym się urodziło. A potem te same ulice zapadają się pod nim i ta młodzieńcza pewność siebie i ta swoboda po prostu znikają.

 

Jak to jest, gdy miasto, w którym się urodziło, zwraca się przeciwko tobie? Czy to tak jak zapadliska, które otwierają się nagle wokół Morza Martwego? Jednego dnia pod nogami jest grunt, a następnego – pustka o średnicy jednego kilometra.

 

Budzę się i przychodzi mi do głowy nazwa „lej krasowy”, sprawdzam co znaczy w wyszukiwarce Google i czytam, że „lej krasowy to zagłębienie terenu spowodowane jakimś rodzajem zapadnięcia się warstwy powierzchniowej”. 

 

Drugiego dnia mojego pobytu w Krakowie Paweł zabiera mnie na spacer i pokazuje „dobry szmateks”. Idę tam wcześnie rano i widzę czerwony sweter z lat 80. z niebiesko-żółtymi figurami geometrycznymi. Wokół mnie mężczyźni i kobiety rozmawiający po ukraińsku, przeglądają stosy ubrań i artykułów domowych. Zostawiam sweter i wychodzę.

 

Czy w Krakowie panuje jeszcze pandemia COVID-19? Wchodzę do sklepu w masce. Właściciel pyta mnie skąd jestem i dodaje: „Czy w Jerozolimie nadal macie pandemię COVID? U nas jest wojna.”

Przed JCC stoi kolejka mężczyzn, kobiet i dzieci, czekających na pieluchy, jedzenie dla niemowląt, środki czystości. Maluch w wieku mojego syna stara się wyrwać z ramion ojca, który uspakaja go delikatnie po ukraińsku.

 

Ciągle wracam do tego budynku, który kiedyś był bejt ha-midraszem (miejscem nauczania religii). Na fasadzie wykute w kamieniu litery głosiły „קובע עתים לתורה” („Ten, który poświęca się studiowaniu Tory”). Pierwsze piętro jest puste, ale na drugim wiatr rozwiewa nowe białe firanki z Ikei.

 

Pod koniec życia mój dziadek zapisał się na studia. Marzył kiedyś w młodości, żeby zostać inżynierem. W 1939 roku jego rodzicom udało się przesłać mu pieniądze na przyszłe studia. Pieniądze nigdy do niego nie dotarły. Jak bardzo musieli się starać, żeby w roku 1939 wysłać mu zagranicę pieniądze, których nie mieli.

 

Przybył do Mandatu Palestyny na przeładowanej łodzi i został złapany przez Brytyjczyków, którzy aresztowali go na osiem miesięcy. Kiedy go wypuścili, nie miał nawet grosza na zakup znaczka, żeby wysłać list do rodziców. Jego nauczyciel w bejt ha-midraszu, rabin Neria, pożyczał mu pieniądze na znaczek, na szczoteczkę do zębów.

 

Pod koniec lat osiemdziesiątych mój dziadek co semestr skrupulatnie przeglądał listy zajęć na uniwersytecie. Czasami pomagałem mu się na nie zapisać. Jeśli grupa była pełna, dzwoniłam i mówiłam, że dziadek ma 88, 90, 92 lata. Czy mógłby się mimo wszystko zapisać? I godzili się. Jeździł autobusem na uniwersytet, starając się wypełnić luki w edukacji. Potem stopniowo przestał. Martwił się, że zostawia babcię samą, kiedy był na zajęciach.

 

Powiedziano mi, że bejt ha-midrasz jest teraz budynkiem mieszkalnym. Przechodzę obok i widzę, że brama jest otwarta, a przy niej duży żółty pojemnik na śmieci. Wchodzę. Po prawej stronie wejście zakrywa duża zasłona ze wzorem drewna. Z tyłu jest małe podwórko ze stołem i krzesłami, takie podwórko, o którym wiedzą tylko miejscowi. Wyobrażam sobie, jak miło jest napić się herbaty na tym spokojnym podwórku. 

 

Do budynku wchodzi pracownik MPO i widzi mnie stojącą na podwórku. Wybiegam, a on wwozi żółty kosz i zamyka za sobą bramę.